wtorek, 6 maja 2014

Mieczysław Wilczek - "Znane i nieznane oblicza władzy PRL". Część 1

Fot. www.trojmiasto.koliber.org
Czas PRL, który trwał nieprzerwanie przez 44 lata, był okresem dosyć trudnym dla Polaków. W zasadzie istniał jako przedłużenie okupacji sowieckiej i taki zapewne zostanie zapamiętany przez ludzi żyjących w tamtych czasach. Dodam skromnie, że sam w PRL przez kilka lat żyłem. Czytelnik mi wybaczy, ale nie będę się podejmował próby podsumowania tego systemu politycznego, "gdyż albowiem" zrobiono to już setki i tysiące razy. Ostatnio zadawałem sobie pytanie, czy socjalizm albo komunizm może wydać z siebie w miarę porządnego człowieka? Odpowiedzi szukałem dosyć długo, ponieważ człowiek PRL-u kojarzy się często z określeniem "homo sovieticus". Oczywiście nie można uogólniać, i nie każdy do tej kategorii się zaliczał, wręcz przeciwnie mamy wybitne osobistości czasów komunizmu (św. Jan Paweł II, ks. Popiełuszko, Anna Walentynowicz i wielu wielu innych). Ale gdy popatrzymy na ówczesną "wierchuszkę", możemy ze świecą szukać bystrych"polityków". Okazuje się, że były właśnie takie wyjątki.

Pewne postacie z partyjnej "góry" zainspirowały mnie do rozpoczęcia cyklu "Znane i nieznane oblicza władzy PRL". Dziś zaprezentuję drogim Czytelnikom część pierwszą. Daleki jestem od wychwalania zbrodniczego reżimu jaki prawie przez 45 lat panował w Polsce. Są jednak ludzie, którzy działali i funkcjonowali dla dobra ogółu, społeczeństwa itp. Czasem sami zainteresowani nie wiedzieli o tym, że ich decyzji odbiją się pozytywnie w kolejnych kilkudziesięciu latach.

W części pierwszej cyklu "Znane i nieznane oblicza władzy PRL" chciałbym zainteresować Czytelników postacią Mieczysława Wilczka, ministra przemysłu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1988-1989. Był to człowiek, który dał Polakom najlepszą z możliwych, najbardziej liberalnych i najkrótszych ustaw!

Fot. www.forbes.pl
Najpierw trochę historii zaczerpniętej, a jakże, z Wikipedii. Mieczysław Wilczek, oprócz stołka ministerialnego, był także przedsiębiorcą, chemikiem, prawnikiem, innowatorem i autorem wielu patentów z dziedziny chemii. Urodził się 25 stycznia 1932 w Sandomierzu, zmarł dosyć niedawno - 30 kwietnia 2014 w Warszawie. Na marginesie dodam tylko, że o jego śmierci dowiedziałem się z radia RMF jadąc na majówkę.

Młodość spędził w Bielsku-Białej. W czasie II wojny światowej pracował jako parobek na niemieckiej farmie krów. Z uwagi na brak dostępu do edukacji powszechnej w latach 1939-1945 samodzielnie nauczył się czytać i pisać. Po 1945 roku ukończył w ciągu jednego roku szkołę podstawową. Następnie kształcił się w gimnazjum i w technikum chemicznym. Studiował chemię na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, ekonomię w Wyższym Studium Ekonomiki Przemysłu i prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz na Uniwersytecie Warszawskim.

Mieczysław Wilczek podczas studiów politechnicznych jako wyróżniający się student otrzymał na II roku asystenturę i został, mimo braku zakończenia studiów, pracownikiem naukowym uczelni. Specjalizował się w chemii organicznej: syntetykach zapachowych, kremach i proszkach do prania. W 1952 roku wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

W 1956 roku, po ukończeniu studiów z dziedziny chemii porzucił dalszą karierę naukową. Został dyrektorem fabryki kosmetyków Viola w Gliwicach. W 1958 roku wyjechał na półroczne stypendium zagraniczne do Wielkiej Brytanii. Po powrocie do Polski został skierowany na stanowisko dyrektora technicznego zakładów Pollena w Warszawie. Ukończył w tym czasie studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim ze specjalizacją w zakresie prawa międzynarodowego.

W latach 1965-1969 pełnił funkcję dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Chemicznego. Dał się poznać jako zdolny organizator i racjonalizator w państwowym przemyśle chemicznym. Znając kilka języków obcych zaczął podróżować służbowo po Europie Zachodniej i nawiązywać kontakty z zagranicznymi przedsiębiorstwami. Uczestniczył w pracach i konferencjach organizacji międzynarodowych. Podjął współpracę z koncernem Shell.

Fot. archiwum Allegro.
Przyczynił się do rozwoju marki Pollena. Wprowadził w Polsce innowacyjny program detergentowy. W 1965 roku wdrożył do produkcji proszek do prania Ixi 65.

W 1969 roku odszedł z posady państwowej. Za zaoszczędzone pieniądze kupił kilkunastohektarowe gospodarstwo rolne we wsi Ołdakowizna. Założył fermę perliczek i laboratorium biochemiczne, w którym produkował kremy na bazie tłuszczu z żółtka jaj. W latach siedemdziesiątych XX wieku sprzedał z zyskiem posiadane patenty z dziedziny chemii. Dzięki znajomościom oraz uzyskanym ze sprzedaży praw wynalazczych pieniądzom założył w 1973 roku pod Stanisławowem fabrykę produkcji koncentratów paszowych z odpadów porzeźnianych. W krótkim czasie zbudował kilka zakładów przetwórstwa mięsnego stając się jednym z najbogatszych ludzi w Polsce.

W latach osiemdziesiątych XX wieku oprócz posiadanych zakładów przetwórstwa i utylizacji był wiceprezesem polsko-japońskiej spółki Polnippon oraz właścicielem przedsiębiorstwa futrzarskiego Lavil w Stanisławowie. Prowadził w tym czasie interesy głównie z przedstawicielstwami handlowymi Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Od 1985 roku Mieczysław Wilczek był doradcą komisji sejmowych. W 1988 roku został wytypowany na ministra przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego.

Jako minister przemysłu stał się rzecznikiem gruntownej reformy polskiej gospodarki. Zaproponował zamknięcie wielu państwowych zakładów pracy, które uważał za nierentowne z punktu widzenia ekonomicznego. Rozpoczął w Polsce zmiany prawne mające na celu wprowadzenie gospodarki wolnorynkowej. W 1988 roku przeforsował w Sejmie liberalną ustawę o przedsiębiorczości, która spowodowała aktywizację drobnych przedsiębiorców w ostatnich miesiącach istnienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

W 1989 roku podczas obrad Okrągłego Stołu Mieczysław Wilczek był przedstawicielem strony rządowej w zespole ds. gospodarki i polityki społecznej. Podczas wyborów do parlamentu w 1989 roku był kandydatem na senatora z okręgu siedleckiego. Przegrał walkę o mandat z Gabrielem Janowskim.

Fot. historia.newsweek.pl
Mieczysław Wilczek był laureatem Nagrody Kisiela w 1990 roku, wielokrotnie wymienianym na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika Wprost. W 2008 roku został uhonorowany przez Centrum im. Adama Smitha tytułem Jego Przedsiębiorczość.

Co ciekawe, portal polityka.pl tak pisze o Wilczku: "W czasach PRL Mieczysław Wilczek był postacią paradoksalną. Prywaciarz z legitymacją PZPR w kieszeni. Według ówczesnej nomenklatury był rzemieślnikiem, a więc kimś klasowo obcym, ale tolerowanym. O wilczku wspomina także Newsweek: "W środowisku Wilczek nazywany był Krezusem albo Szejkiem. To drugie ze względu na dystrybutor paliwa ustawiony w gospodarstwie. – Każdy z gości Wilczka mógł sobie przed wyjazdem zatankować samochód do pełna i to za darmo – wspomina jego znajomy. Biznesmen przyciągał środowisko filmowe nie tylko trudno osiągalnym paliwem i suto zastawionymi stołami, ale i osobowością.

Wilczek wprowadził rewolucję w gospodarce upadającego PRL-u. Jego ustawę o wolności gospodarczej Sejm uchwalił w listopadzie 1988 r., czyli na kilka miesięcy przed Okrągłym Stołem. Był to dokument, który można było przeczytać w jeden wieczór. Esencja prostoty i liberalizmu. Ustawa, która wskrzeszała polską przedsiębiorczość, i której czytelności nie dało się już więcej odtworzyć. Ustawa umożliwiła każdemu obywatelowi PRL podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej na równych prawach, co m.in. spowodowało aktywizację drobnych przedsiębiorców, którzy utworzyli wiele nowych miejsc pracy. W połączeniu z zastąpieniem gospodarki planowej centralnie sterowanej systemem gospodarki popytowo-podażowej (tzw. rynkowej) w efekcie zaowocowała dużą dynamiką gospodarczą na samym początku lat 90.
Fot. www.biznes.pl

Całą ustawę z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej znajdziesz TUTAJ.

Fragmenty ustawy:

Art. 1 „Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa.”

Art. 4 „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione.”

Bardzo ciekawie wyglądają opinie ekonomistów o tej Ustawie Wilczka:

  • Andrzej Sadowski: Ustawa Mieczysława Wilczka jest do tej pory niedoścignionym wzorem ustawy, dającej najwięcej wolności gospodarczej polskim przedsiębiorcom. Co jest zaskakujące, jest zgodna z polskimi zobowiązaniami wobec UE.

  • Robert Gwiazdowski: Ustawa o działalności gospodarczej, zwana ustawą Wilczka, uchwalona jeszcze za komuny w grudniu 1988 r., stwierdzała, że „podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach”. Później było już tylko gorzej: kolejne regulacje, ograniczenia, koncesje, zezwolenia w myśl typowej raczej dla komunizmu, a nie budowanego rzekomo kapitalizmu, zasady postępowania z prywaciarzami: trzeba ich tolerować, ale należy trzymać krótko.

  • Adam Sofuł: Niewielka to była ustawa – raptem 55 artykułów, ale potwierdza tezę, że małe jest piękne. 55 artykułów dało polskiej przedsiębiorczości i polskiej gospodarce takiego kopa, że dzisiejsze wielostronicowe kolejne nowelizacje ustawy o wolności gospodarczej nie dorastają jej do pięt. Może dlatego, że wolność mają tylko w tytule, ale nie w zawartości.

  • Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego nie podjęto kroków do [...] usprawnienia kontroli i ścigania poprzez odpowiednie organy osób zarabiających nielegalnie. Efektem tego nie było upatrywanie i walka z układami biznesowo-politycznymi, lecz zniesienie liberalnej Ustawy Wilczka poprzez kolejne ograniczenia, koncesje i zezwolenia co trwa do dnia dzisiejszego. Spowodowało to znaczne utrudnienia dla uczciwych przedsiębiorców.

Gdyby tylko udało się na nowo wprowadzić taką ustawę, w takim kształcie. Jakby wtedy wyglądała polska przedsiębiorczość? I jakby ona przetrwała w konfrontacji z prawem Unii Europejskiej? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami, drodzy Czytelnicy.

Już niedługo, w kolejnej części cyklu "Znane i nieznane oblicza władzy PRL", przedstawię sylwetkę wyjątkowego wojewody.


wtorek, 29 kwietnia 2014

Szczepić czy nie? Kolejne dziecko ekoterroryzmu

Tym razem nie będzie dużo zdjęć i bogato ilustrowanego wpisu. Teraz będzie więcej tekstu i więcej merytorycznej dyskusji. Sprowokował mnie do napisania kilku tych zdań artykuł z Gazety Wrocławskiej (LINK) o śmierci 2,5 letniego dziecka, które zmarło na ospę wietrzną. Sprowokował to za mało powiedziane. Jestem wściekły, już po raz kolejny, na zupełną ignorancję rodziców w kwestii szczepienia swoich dzieci.

Najpierw napiszę coś o sobie. Sam mam kilkuletnie dziecko, które szczepiliśmy z żoną na większość chorób. Nie dlatego, że ulegliśmy modzie, ani dlatego, że "zmusili nas" do tego w szpitalu czy później w przychodni. Szczepiliśmy naszego syna, bo uważamy, że tak jest dobrze. Zaliczamy się do tej trzeciej grupy rodziców, którzy do szczepień podchodzą racjonalnie. Nie daliśmy sobie wcisnąć szczepionki na grypę, meningokoki itp. Ale szereg szczepień podstawowych zrobiliśmy, po to aby uchronić nasze dziecko od powikłań związanych z przechodzeniem różnych świństw.

Przypadek jaki opisuje Gazeta Wrocławska jest przygnębiający. Czytamy: W czwartek wrocławskie pogotowie ratunkowe wezwano do chorego dziecka. Rozpoznanie: ospa wietrzna. 2,5-latek zmarł. Jak mówią lekarze, powodem nie mogła być sama "wiatrówka", ale połączenie związanych z nią powikłań i obniżonej odporności malucha. To powinno być ostrzeżenie dla rodziców, którzy sami zarażają swoje pociechy podczas tzw. "ospa party". Ospa party to kolejne oszołomskie zjawisko związane z... no właśnie z czym? Podejrzewam, że z quasi modą na lepsze, zdrowsze życie. Jak czytamy dalej w artykule (z czym się w pełni zgadzam): Gdy jedno z dzieci choruje, rodzice zdrowych organizują spotkanie, na którym bawią się razem, a tym samym zarażają od nosiciela. Dzieci najczęściej chorują na ospę wietrzną do siódmego roku życia i teoretycznie w tym czasie przechodzą ją najlżej. Zdarzają się jednak wyjątki. Mądrze wypowiada się także dr n. med. Agnieszka Mastalerz-Migas, p.o. kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, która mówi, że nigdy nie wiemy, jak na daną chorobę zareaguje układ immunologiczny osoby zakażonej. To indywidualna sprawa, wynikająca z ogólnego stanu zdrowia i stosowanych leków.

Często fanatycy nieszczepienia dzieci na nic, powołują się na badania i pracę znanej lekarki prof. Marii Doroty Majewskiej. Dodam na marginesie, że jej opracowania są bardzo popularne na tematycznych portalach związanych ze spiskami, NWO (New World Order), New Age i innymi takimi podobnymi. Prof. Majewska pokazywana jest jako bojowniczka o prawdę i ostatnia nadzieja w walce ze spiskiem koncernów farmaceutycznych. Przyznam szczerze, że wiele tez pani profesor jest jak najbardziej trafnych i sam je popieram. Zresztą pani doktor zaprzecza jakoby jej działania prowadzić miały do likwidacji szczepień ochronnych także tych obowiązkowych. No ale siłą rzeczy stała się guru dla ekoterrorystów spod znaku nieszczepienia dzieci.

Okazuje się, że nawet Polskie Towarzystwo Wakcynologiczne napisało list otwarty do prof. Majewskiej, w którym krytykują jej wypowiedzi medialne dotyczące m.in. szczepień. Czytamy w nim: Chcemy podkreślić, że osoba zatrudniona w państwowej instytucji naukowo-badawczej i naukowiec z tytułem profesora wypowiadając się publicznie i tak jednoznacznie na tematy medyczne, musi opierać stwierdzenia na rzetelnej analizie systematycznie zebranych wszystkich danych naukowych o najwyższej z dostępnych wiarygodności (badania kliniczne z randomizacją lub badania obserwacyjne analityczne: kohortowe, kliniczno‑kontrolne, lub ich metaanalizy) i nie mylić hipotezy badawczej z dowodem naukowym. Każda hipoteza wymaga bowiem udowodnienia w badaniach, których metodyka musi być adekwatnie dobrana do rodzaju pytania klinicznego. Ignorowanie najbardziej wiarygodnych z dostępnych i aktualnych wyników badań klinicznych oraz wybiórcze przedstawianie danych należy uznać za przejaw nierzetelności naukowej. Nie można również publicznie epatować hipotetyczną szkodliwością szczepień, bez wspomnienia o realnym ryzyku poważnych konsekwencji wynikających z rezygnacji z tej najbardziej efektywnej metody profilaktyki chorób infekcyjnych.

Cały dostępny list jest do przeczytania TUTAJ.  

Zapanowała jakaś niewytłumaczalna moda, na robienie wody z mózgu. Portal wakcynologiczny jasno podaje, że podstawowymi konsekwencjami zmniejszania liczby szczepionych dzieci jest wzrost zachorowań oraz poważnych powikłań chorób, przed którymi można się uchronić stosując szczepienia. Przez taką ignorancję nigdy nie usuniemy z życia społeczeństwa pospolitych, średniowiecznych chorób. Dlaczego w XXI wieku powraca gruźlica, polio, ospa i inne świństwa? Ano właśnie dlatego. To nie  rodzice nieszczepiący swoje pociechy, ale właśnie ich DZIECI ponoszą bezpośrednie konsekwencje tych czynów. Na poparcie tych słów fragment z Dziennika Zachodniego: - Utrata zaufania do szczepień, także obowiązkowych dla dzieci, jest jak choroba zakaźna. Szerzy się głównie przez internet i z ust do ust. Musimy zacząć tę chorobę zwalczać. W przeciwnym wypadku, czeka nas powrót niektórych chorób zakaźnych - mówi dr Paweł Grzesiowski, członek PTW. Jego zdaniem, jeśli dziś jakikolwiek lekarz albo naukowiec podważa wartość szczepień, łamie podstawową zasadę etyki zawodowej, jaką jest dbałość o bezpieczeństwo pacjenta. Specjaliści ostrzegają także, że jeśli w każdym roczniku nie zaszczepi się co dziesiąte dziecko, to już po pięciu latach będzie w Polsce aż 20 tys. dzieci podatnych na zakażenie. A to wystarczy, żeby wybuchła epidemia np. odry czy krztuśca. 

Ciekawie wyglądają także komentarze pod artykułem w Gazecie Wrocławskiej, którą na początku zacytowałem. Pisownia oryginalna.


Henryk nie frustrat (gość)  •
Oczywiście pseudointelektualne, pustostany rodzicielskie, ekooszołomy i inne ameby zaraz napiszą, że szczepienia są złe, że powodują choroby i autyzm. Puknijcie się w głowę. Wytłumaczcie teraz rodzicom tego dziecka co się stało. Minusujcie sobie do woli pseudo modziarze zdrowego trybu życia. Mdli mnie jak dziecko cierpi z powodu takiego podejścia nieodpowiedzialnych rodziców. Wstyd. 

bic (gość)  •
to były czasy kiedy szczepienia były obowiązkowe i pilnowano tego. Rówieśnikom moim i mojego dziecka szczepionki nie zaszkodziły, wręcz odwrotnie. Przez durną modę wrócimy do czasów kiedy szczepionki nie były znane i ludzie umierali na choroby, na które teraz dzięki szczepionkom mało kto choruje. 

Dread_Knight (gość)  •
Miałem podobną sytuację ale mi/nam dyspozytor z pogotowia poradził żeby wsadzić dziecko do samochodu i wieźć do szpitala we własnym zakresie; tak też zrobiliśmy i nie chcę dywagować "co by było gdyby było" no a teraz czas na konkluzje. Myśle że czas zadbać o edukację operatorów nr pogotowia i uwrażliwienie ich że dziecko jest kimś baaaaaardzo kruchym i baaaaardzo ważnym.Pozdrawiam Marcin 

Joka (gość)  •
Zaczyna się straszenie ludzi przez media żeby zrobić zamieszanie, na zachodzie podaje się ile statystycznie dzieci umiera z powodu błędu lekarskiego,,, u nas takie zjawisko jest bardzo ukrywane.
Ponieważ coraz więcej ludzi jest świadomych czym są szczepionki i przestają szczepić się, to zaczęli przez media straszyć ,,, Od dawna wiadomo że strach rządzi ludźmi.
Dlaczego tak mało mówi się jak wzmocnić układ immunologiczy, jak zwiększyć odporność organizmu zwłaszcza u dzieci??? by mogły przejść łagodniej różne choroby.

Bobobororo (gość)  •
Trucizny,firm farmac...sa tym powodem,a nie ludzkie powiklania.Virusy,sa swiadomie wam wstrzykiwane dla kasy i....,a nie dla przezycia ludzkiej generacji w Polsce,capito ? 

Dyskusja o szczepieniach trwa w najlepsze. Jedynym chyba rozwiązaniem jest uspokojenie emocji. Nie przekonują mnie tezy i badania lekarzy amerykańskich, którzy mówią nie szczepić. Nie przekonują mnie także programy propagandowe aby szczepić dziecko na wszystko. Nie dajmy się zwariować i nie popadajmy w skrajności.

Moim marzeniem jest, aby zorganizować specjalny panel dyskusyjny, zaprosić specjalistów i porozmawiać merytorycznie o szczepionkach. I nie słuchać ekoterrorystów.


środa, 2 kwietnia 2014

FSO Polonez: ocalmy od zapomnienia piękną historię polskiej motoryzacji

Uratujmy polską motoryzację od zapomnienia. Takie hasło powinno wisieć w każdym polskim domu. No dobra, trochę przesadzam. Ale przyznacie mi rację, że warto choć trochę uratować to, co za kilka lat zniknie zupełnie z naszych dróg. Polska motoryzacja, jako myśl i wizja inżynierów i konstruktorów, już nie istnieje. Ale są obecne jeszcze pojazdy, które tamtą wizję odzwierciedlały. Mam na myśli polonezy, czyli poldki, poldice, poldery, borewicze, czołgi. 

Niektóre nazwy nie brały się znikąd. Oto przykład:



Poldki były bardzo bezpieczne, a strefy zgniotu gwarantowały przeżycia w wielu wypadkach. Gdyby można przyznawać 6 gwiazdek w testach bezpieczeństwa, polonez miałby ich 7. Dowód?



Będzie teraz trochę historii. FSO Polonez - samochód osobowy produkowany przez Fabrykę Samochodów Osobowych w Warszawie od 3 maja 1978 roku do 22 kwietnia 2002 roku. Powstał jako następca Polskiego Fiata 125p, który był jednak produkowany równolegle aż do 1991 roku. Przez cały okres produkcji samochód przeszedł kilka większych modernizacji, wprowadzano także kolejne odmiany.

Samochód odziedziczył po poprzedniku większość rozwiązań technicznych, w tym: układ przeniesienia napędu, zmodyfikowane silniki, układ hamulcowy oraz zawieszenie. Nowością było 5-drzwiowe nadwozie typu hatchback. W 1988 roku wprowadzono wersję użytkową Poloneza nazwaną Truck. W 1991 roku przeprowadzono gruntowną modernizację wprowadzając wersję Caro z nowym nadwoziem.

 Od 1996 roku dostępna była wersja sedan - Atu, rok później przeprowadzono ostatnią poważniejsza modyfikację Poloneza wprowadzając modele Caro i Atu Plus. Od 1999 roku dostępna była także wersja Kombi. Produkcję zawieszono 22 kwietnia 2002 roku, łącznie z zestawami montażowymi wyprodukowano 1 061 807 egzemplarzy modelu w różnych wersjach (bez dostawczych Trucków i vanów Cargo). Nie przygotowano następcy.

Egzemplarze z pierwszych lat produkcji zyskują na wartości, najwyższą cenę osiągają egzemplarze 3-drzwiowe oraz Coupé.

JEŻELI CHCESZ URATOWAĆ POLSKĄ MOTORYZACJĘ, MOŻESZ WSPOMÓC INICJATYWĘ OCALENIA OD ZAPOMNIENIA JEDNEGO EGZEMPLARZA POLONEZA. ZBIERAMY FUNDUSZE NA ODKUPIENIE I REMONT PIĘKNEGO POLDKA CARO.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ponad połowa Polaków nie wie jak wybrać OFE albo ZUS

Od dziś możemy decydować, czy część naszych składek trafiać będzie wciąż do OFE, czy całość do ZUS. To jeden z najważniejszych elementów wdrażanej od początku roku ustawy o zmianach w OFE. Przed wyborem stanęło ponad 16 milionów Polaków. Tymczasem z badania przeprowadzonego przez instytut Badania Rynku i Opinii Mands na zlecenie Money.pl wynika, że blisko 67 procent przyszłych emerytów nie ma pojęcia o tym, co trzeba zrobić, albo ma złe informacje na ten temat. Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie Polaków. 


Zakład Ubezpieczeń Społecznych zaczął przyjmować oświadczenia od ubezpieczonych dotyczące pozostania w Otwartych Funduszach Emerytalnych. Oświadczenia można składać do końca lipca. Bez względu na decyzję, do ZUS będzie szła dotychczasowa suma 12,22 procent wynagrodzenia brutto. Wybór dotyczy reszty składki czyli 7,3 procent pensji, która jest obecnie dzielona na 4,38 procent na dodatkowe konto w ZUS i 2,92 procent dla OFE. Inaczej mówiąc, jeżeli weźmiemy pod uwagę składkę emerytalną jako całość, możemy zdecydować: albo jej 100 procent ma być przekazywana do ZUS albo 85 procent do ZUS i 15 procent do OFE. Jeżeli ktoś chce zostać w OFE, powinien pobrać specjalny formularz, wypełnić go i dostarczyć do ZUS. Oświadczenia będą też dostępne w oddziałach Zakładu. Co bardzo ważne, brak decyzji będzie oznaczał, że klient automatycznie zostanie przeniesiony do ZUS. Ewentualny czas na zmianę decyzji nadejdzie dopiero w 2016 roku, gdy po raz kolejny otworzy się okienko transferowe. Potem - co cztery lata. 66,8 procent osób biorących udział w badaniu dla Money.pl nie jest w ogóle zorientowana, albo posiada błędne informacje w sprawie wyboru pomiędzy ZUS i OFE oraz związanych z tym formalności. Wśród osób, których dotyczy konieczność podjęcia decyzji pomiędzy ZUS, a OFE, aż 58,7 proc. przyznaje, że nie wie, jakie kroki należy podjąć by pozostać w OFE.


Szykując zmiany w OFE, Ministerstwo Finansów założyło, że aż połowa osób pozostanie w OFE. Tymczasem, jeżeli uczestnicy badania deklarują jakąkolwiek opcję, częściej jest to ZUS (37,2 proc.) niż OFE (22,5 proc.). Wśród respondentów, których bezpośrednio obejmuje obowiązek wyboru pomiędzy ZUS, a OFE, największy odsetek nie wie, jaką decyzje podejmie (40,3 proc.).


Biorąc pod uwagę wiek badanych osób, możemy zauważyć, że respondenci pomiędzy 18, a 49 rokiem życia są najczęściej niezdecydowani odnośnie wyboru ZUS czy OFE (od 39,3 proc. dla 18-29 lat do 55,2 proc. dla 40-49 lat). Z kolei starsi uczestnicy badania zdecydowanie częściej wybierają ZUS ponad OFE (kolejno 48,9 proc. dla grupy 50-59 lat oraz 76,4 proc. dla osób powyżej 60 roku życia). Deklaracja pozostania w OFE jest największa pomiędzy 18 a 39 rokiem życia (odpowiednio 32,6 proc. dla grupy 18-29 lat oraz 34,9 proc. dla osób 30-39 lat).

Instytut Badania Rynku i Opinii - Mands. Metoda badawcza: Badanie (metoda CATI - zestandaryzowane wywiady telefoniczne) przeprowadzono na terenie całego kraju, w dniach od 18-26 marca 2014 roku. Ankieterzy Instytutu Mands przepytali 1003 osoby. Aby uzyskać reprezentatywność próby, w badaniu dokonano ważenia postratyfikacyjnego z uwzględnieniem rozkładu płci i wieku w 5 kohortach. Dodatkowo próba reprezentatywna ze względu na rozkład terytorialny (16 województw oraz 5 klas wielkości miejscowości). 

źródło: money.pl
Powered By Blogger