poniedziałek, 25 marca 2013

Wielkanoc w Przemyślu - mini przewodnik

Wielkanoc to dla katolików najważniejsze święta w roku. Wspominamy wtedy pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Obchody Wielkanocy są wszędzie takie same, choć w różnych częściach Polski zdarzają się niewielkie wyjątki. Zapraszam Państwa na krótką podróż do Przemyśla, duchowej stolicy Podkarpacia. To miasto położone na południowym wschodzie kraju przyciąga uwagę na wiele sposobów. Kiedy jedziemy drogą krajową od Rzeszowa i zjeżdżamy do centrum serpentyną, naszym oczom ukazuje się przepiękny widok Przemyśla, ulokowanego na siedmiu wzgórzach. Takie samo położenie ma Rzym, co sprawia, że cudowne obrazy jakie po drodze się przewijają na długo pozostają w naszej pamięci. Niegdyś potężna twierdza w Galicji, obecnie Przemyśl pełni funkcję bramy Karpat, tuż za miastem rozpoczynają się szlaki turystyczne, które zaprowadzą nas w Beskidy i jeszcze dalej. Z tego miasta szybko możemy się dostać na Ukrainę i do Lwowa. Klimat i egzotyczny zapach i aromat przypraw jakim pachnie miasto przypomina nam o tym, że na wschodzie pozostało polskie dziedzictwo kulturowe i religijne.

Ludzie mieszkający na Podkarpaciu są niesamowicie otwarci, uczciwi, a przede wszystkim religijni. To właśnie religijność potrafi zaskoczyć niejednego mieszkańca wielkich metropolii, europejczyka z kilkunastoletnim stażem. Przeżywanie Świąt Wielkanocnych nabiera nowego wymiaru, wymiaru powszechnego. Każda ulica, każda kamienica i każdy kościół zdaje się wołać i ogłaszać całemu światu, że Chrystus Zmartwychwstał. Miasto wielu kultur i różnych religii zaprasza w ten wyjątkowy czas do wspólnego świętowania. Ulicami miasta w Wielki Piątek, podobnie jak w Sewilii, odbywa się wielka procesja drogi krzyżowej, w której barwnie biorą udział aktorzy i amatorzy. Tutaj spotkamy silną tradycję zwiedzania i nawiedzania Grobu Pańskiego. Rodziny, pielgrzymi i pojedyncze osoby wędrują od parafii do parafii aby pomodlić się przy grobie Jezusa. Poranek Zmartwychwstania to wielkie bicie dzwonów, które roznosi się po siedmiu wzgórzach na których położony jest Przemyśl. Na osobną uwagę zasługuje lany poniedziałek, każda wolna panna zostanie oblana wodą. W Przemyślu skosztujemy wiele dań, o których będziemy wspominać w chłodne, jesienne wieczory. Przemyśl to także stolica prawdziwych, polskich fajek. Oprócz zapachu tytoniu, kto wie, może gdzieś uliczkami zobaczymy przemykającego szybko dobrego wojaka Szwejka?

sobota, 5 stycznia 2013

Wrocławska Kolej Dojazdowa - zapomniany rarytas

Plac Staszica we Wrocławiu widoczna
lokomotywa od kolejki wąskotorowe
Zima w tym roku nie dopisała, nie ma śniegu, jest ciepło, prawie wiosennie. Padające często deszcze sprawiają, że człowiek poszukuje odskoczni. Jakkolwiek by się ona nie nazywała. Temat Wrocławskiej Kolei Dojazdowej (WKD) pojawił się w mojej głowie dosyć dawno temu, ale dopiero teraz wyciągam go na światło dzienne.

Nie chcę się rozwodzić nad genialnością i pomysłowością Niemców, którzy budowali Breslau. Wspomnieć można o kilku prostych rozwiązaniach, które dosyć sprawnie ułatwiały życie mieszkańcom. Mało tego, że powstawały nowe linie tramwajowe (teraz się je zamyka), po mieście krążyła kolej wąskotorowa, którą można było dojechać do mniejszych miasteczek pod Wrocławiem. To ciekawe rozwiązanie warte jest szerszego opisania. Chcę Was, drodzy czytelnicy, zabrać w ciekawą podróż w wehikule czasu. Gotowi? Zaczynamy.

Wrocławska Kolej Dojazdowa - ściślej Kolej Wąskotorowa Wrocławsko-Trzebnicko-Prusicka (do 1945 pod firmą Breslau – Trebnitz – Prausnitzer Kleinbahn Aktiengesellschaft), połączona później (w 1945 roku) ze Żmigrodzko-Milicką Koleją Powiatową; uruchomiona została w 1894 roku (wtedy otwarto kolej milicką; linię z Wrocławia do Prusic uruchomiono 1.06.1899). Siedzibą kolejki była od początku do końca jej istnienia w 1991 roku stacja Trzebnica Gaj.

rozkład jazdy kolei wąskotorowej z 1951/52
(przed likwidacją dworca przy pl. Staszica)
Jej wrocławski pasażerski Dworzec Miejski (tuż po wojnie nazywany "Wrocław Główny Wąskotorowy") zlokalizowano w pobliżu Dworca Nadodrze, na dzisiejszym Placu Staszica, przy kościele św. Bonifacego. Był to dworzec czołowy, a tory wiodły zeń na północ dzisiejszymi ulicami Pomorską i Reymonta przez Most Osobowicki na prawy brzeg Starej Odry (budynek dworca istnieje, pod koniec XX wieku jego wewnątrze zostało przebudowane i zaadaptowane na potrzeby pobliskiej parafii św. Bonifacego). Za mostem Osobowickim zlokalizowany był towarowy dworzec przy ul. Na Polance (połączony rozjazdami z głównym torem kolei), potem pasażerski przystanek Wrocław-Karłowice (Breslau-Karlowitz), Wrocław-Różanka (Breslau-Rosenthal), Wrocław-Poświętne (Breslau-Lilienthal) i znajdująca się już poza ówczesnymi granicami miasta stacja Widawa (Weide.
Lokomotywa kolejki wąskotorowej Wrocław-Trzebnica
na placu Staszica (1936 r.)
Dalszy bieg linii wiódł przez Ligotę Piękną, Wisznię Małą do Trzebnicy i dalej do Prusic. Pociąg tej linii z Trzebnicy do dworca miejskiego we Wrocławiu (przy pl. Staszica) jechał - według rozkładu jazdy z 1944 roku - 1:45 h, pokonując w tym czasie 26,0 km trasy ze średnią prędkością podróżną około 14,8 km/h. Na drogę z Wrocławia do Trzebnicy tą samą trasą zużywał pięć minut więcej, ze względu na fakt, że pokonywał na tym odcinku różnicę poziomów - Trzebnica leży prawie sto metrów powyżej Wrocławia.

Wagon kolejki wąskotorowej Wrocław- Trzebnica-Prusice
Warsztaty i główna parowozownia Kolei Wrocławsko-Trzebnicko-Prusickiej mieściły się w Trzebnicy, parowozownie pomocnicze natomiast - w Wysokim Kościele, Różance i Karłowicach. W 1902 dysponowano dziewięcioma parowozami firmy Krauss z Linzu, trzema wagonami bagażowymi, 25 osobowymi i 132 towarowymi. Oprócz tego w użyciu były także platformy do przewożenia wagonów normalnotorowych, pozwalające uniknąć konieczności przenoszenia z wagonu zwykłego na wąskotorowy ładunku dostarczonego koleją normalnotorową, a przeznaczonego do odbiorców znajdujących się w zasięgu tylko kolei wąskotorowej. W Różance istniało połączenie linii wąskotorowej z normalnotorową linią do Sołtysowic, dzięki temu możliwe było tu ładowanie na platformy wagonów normalnotorowych i przewożenie ich aż do Wysokiego Kościoła.

Wagon kolejki wąskotorowej Wrocław- Trzebnica-Prusice
Przed I wojną światową roczne przewozy pasażerskie kolei sięgały 450 tys. osób, a towarowe - 100 tys. ton. W czasie I wojny przewożono nawet 600 tys. pasażerów rocznie.

Linia była w obrębie miasta dwutorowa i ułożona została w jezdni ulic z szyn wpuszczanych w bruk. Wkrótce po jej wybudowaniu przeprowadzono (w 1903) przez Pomorską, Reymonta i Most Osobowicki nową linię tramwajową, która zgodnie z porozumieniem pomiędzy właścicielami spółki kolejowej a magistratem miasta, częściowo wykorzystywała wybudowaną dla kolei infrastrukturę. Była ona zawczasu na to wspólne wykorzystanie zaprojektowana i przygotowana. Ułożono przy każdym z dwóch torów kolei trzecią szynę tak, że powstał trójszynowy splot kolejowego toru wąskiego (750 mm) z tramwajowym normalnej szerokości (1435 mm). Za mostem tory rozdzielały się: tramwaj skręcał w lewo - na zachód - w kierunku Osobowic, a wąskotorówka w prawo, na Karłowice. Wspólny odcinek tramwajowo-kolejowy mierzył łącznie 0,96 km. Po południowej stronie Starej Odry, przy dzisiejszym Wybrzeżu Conrada Korzeniowskiego, istniało odgałęzienie toru kolei do portu miejskiego (na wschód od linii), gdzie mieściły się towarowe bocznice przeładunkowe.

Kolejka wąskotorowa na ul.Reymonta
W roku 1939 wrocławska kolej wąskotorowa dysponowała taborem, w skład którego wchodziło 8 lokomotyw parowych, 34 wagony pasażerskie, 3 wagony bagażowe i 146 wagonów towarowych. Podczas II wojny światowej, po spadku przewozów w okresie międzywojennym wywołanym rosnącą konkurencją transportu samochodowego, nastąpił ich znaczniejszy wzrost, wynikający m.in. ze zwiększenia zapotrzebowania na transport węgla z portu rzecznego.

Znajdująca się na północnym brzegu Odry, przy dzisiejszej ul. Na Polance stacja towarowa od 15 grudnia 1951, kiedy zdecydowano się zlikwidować dotychczasowy dworzec przy pl. Staszica, przejęła funkcję miejskiego dworca osobowego tej linii pod nazwą "Wrocław Wąskotorowy". Wprowadzenie w latach 50. trakcji motorowej spowodowało, że czas jazdy tych z pociągów, które składały się z wagonu motorowego, skrócił się o około 15-20 minut; dojazd z Trzebnicy do Wrocławia możliwy był (na skróconej do dawnej stacji Wrocław Towarowy [potem Wrocław Wąsk.] trasie) w ciągu godziny. Rozkłady jazdy z lat 60. wskazują jednak, że po paru latach czas jazdy się znowu wydłużył. Ponadto czasami dochodziło do przegrzewania się wagonu motorowego na odcinku linii prowadzącym przez Góry Kocie.

Słupek hektometrowy 4,4 km, zachowany na pasie zieleni
pomiędzy jezdniami ulicy Żmigrodzkiej
nieopodal Centrum Handlowego "Marino" i "Hasco-Leku".

Likwidacja połączenia wąskotorowego Trzebnicy z Wrocławiem nastąpiła 27 maja 1967. Okoliczna ludność próbowała temu zapobiec - wiedząc, że ostatni pociąg (wagon motorowy) dojechawszy do Trzebnicy Gaj już nigdy nie powróci, zablokowano tor na stacji Piotrkowiczki; jednak Milicja Obywatelska dopilnowała, by pociąg bez przeszkód dotarł do stacji docelowej. Wkrótce po tym wydarzeniu przystąpiono do demontażu torów na odcinku Wrocław Wąsk. - Trzebnica Gaj. Rozbudowa (poszerzenie) połączenia drogowego z Trzebnicą (w tym ul. Żmigrodzkiej), a także wydłużenie w mieście linii tramwajowej na Poświętne definitywnie zniszczyło niemal wszystkie pozostałości torów, bocznic i rozjazdów Kolei Wrocławsko - Trzebnicko - Prusickiej na terenie Wrocławia i na trasie między Wrocławiem a Trzebnicą.

Obecnie na terenie miasta Wrocławia odnaleźć można dwie pozostałości torowe po kolei wrocławskiej - resztki torów stacyjnych przy placu Staszica oraz fragmenty wąskotorowej bocznicy Cukrowni Różanka przy ul. Chorwackiej.

To chyba ostatni we Wrocławiu fragment torów,
jaki prowadziły niegdyś do Trzebnicy i Sulmierzyc
ze stacji "Wrocław Wąsk. Główny".
Jak widać są jeszcze węższe niż tory tramwajowe.
Cała kolej została zlikwidowana 14 września 1991, kiedy do Prusic odjechał ostatni planowy "Latający Trzebniczanin", prowadzony przez wagon motorowy Mbxd1-203. Do dziś na niektórych odcinkach dawnej linii pozostały pamiątki w postaci szyn w przejazdach, mostków, fałdowań ziemi po podkładach (stacja Trzebnica Gaj), dawnych zabudowań (Wrocław Wąsk., Trzebnica Gaj i Żmigród Wąsk. - lokomotywownie), nasypów; pozostała też wiata przystankowa na przystanku Grabownica.

Cała historia WKD może wywołać nostalgię i wzruszenie, może zadziwić i może też pobudzić do działania. Mam dla Was dobrą wiadomoś. Obecnie planuje się odbudowę kolejki na odcinku Pracze - Milicz Wąsk. - Bracław, co będzie finansowane z funduszy unijnych. Czy w przyszłości odbudowana będzie kolejka w samym mieście Wrocławiu? To chyba pozostaje marzeniem, ale marzenia mają to do siebie, że prędzej czy później się spełniają.

Tekst i fotografie pochodzą z wikipedii i portalu fotopolska.eu

poniedziałek, 22 października 2012

Ekskluzywny wywiad z wokalistą zespołu "Powidła"

Urodził się w Żurawicy k. Przemyśla ponad dwie dekady temu. Zaczynał swoją karierę w całkiem oryginalny sposób. Nie każdemu się podobało to, jaką obrał drogę w swoim życiu. Jako nastolatek często uciekał z domu, pożyczał pieniądze i wędrował po kraju, grając za jedzenie i nocleg w różnych klubach muzycznych. W jednym z takich miejsc w Katowicach wypatrzył go Wiesiek Bobrzycki, menedżer zespołu „Powidła”. Przed Państwem Rysiek Szpidel.

Witaj. Powiedz jak naprawdę zaczęła się twoja przygoda z muzyką? Krąży na ten temat wiele mitów.

To był zupełny przypadek. Kiedy byłem małym chłopcem, mój ojciec, ówczesny sołtys wsi, zachęcał mnie, abym został ministrantem. Po wielu namowach zgodziłem się. Nie było to proste, ponieważ byłem niesfornym dzieckiem. Podczas którejś niedzieli musiałem zaśpiewać psalm. Miałem mało czasu na przygotowanie melodii. Po Eucharystii mój ksiądz proboszcz Tadeusz stwierdził, że mam talent i zapisał mnie do scholi parafialnej prowadzonej przez panią Katarzynę Cisło.

I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie kolejny zbieg okoliczności.

Nie wiem jakby potoczyło się moje życie, ale wziąłem udział w wyciecze ministrantów do Przeworska. Jechaliśmy PKS-em trzy godziny, kiedy po drodze zobaczyłem plakat zachęcający do udziału w gminnym konkursie młodych talentów w Rzeszowie. To był przełom, miałem wtedy 14 lat. Oczywiście rodzice nie pozwolili mi tam pojechać, pożyczyłem więc gitarę od kolegi Zbyszka, sąsiada z ławki szkolnej, i jakoś udało mi się dotrzeć do tego Rzeszowa. Pamiętam, że była noc, a ja byłem bardzo przejęty.

Pierwszy twój występ zakończył się sukcesem. Zdobyłeś główną nagrodę – ”Złote Struny” prezydenta Rzeszowa i rower „Wigry”. To dużo jak dla początkującego nastolatka. Jakim utworem wygrałeś ten konkurs?

Teraz dokładnie nie pamiętam co śpiewałem. To był pełny szał i radosna twórczość. Takie piosenki wymyślało się na kilkanaście minut przed występem. Poziom artystyczny tego konkursu, który odbywał się w głębokim PRL-u, nie był wysoki. Pamiętam jedynie, że w mojej konkursowej piosence przewijał się motyw stodoły, dożynek i dyrektora szkoły. Czemy akurat jego? Tego nie wiem. Znałem tylko trzy podstawowe akordy i jedno bicie. To wystarczyło aby wygrać.

Co było później? Szkoła muzyczna, kontrakty z menedżerami?

Chyba żartujesz? Po skończonym występie wróciłem do domu. Dostałem karę i zakaz wychodzenia z domu przez miesiąc. Ojciec skutecznie postanowił wybić mi granie z głowy. Nie był to łatwy czas dla mnie. Myślałem, żeby w ogóle przestać śpiewać i zająć się prowadzeniem gospodarstwa. Po dwóch latach znów pojechałem na wycieczkę, tym razem z kołem gospodyń wiejskich. To był moja wyprawa życiowa. Jechaliśmy na jakiś festiwal dożynkowy do Lublina.

Wtedy zdarzyła się kolejna pomyłka, która zupełnie odmieniła twoje życie.

To był trudny raz, po raz pierwszy podróżowałem koleją. Widok kilku pociągów na peronie dworca w Przemyślu wprawił mnie w oszołomienie. Zacząłem marzyć o dalekich podróżach. Kiedy dojechaliśmy do Lublina wynajętym dla nas tylko wagonem, byłem już innym człowiekiem. W drodze powrotnej na stacji pomyliłem pociągi i wsiadłem do składu jadącego do Wrocławia. Bez biletu, bez jedzenia i bez pieniędzy ruszyłem samotnie na zachód. Po kilku godzinach postanowiłem wysiąść na najbliższej stacji.

I rozumiem, że były to Katowice?

Niestety nie. Przy moim życiowym pechu wysiadłem na stacji Mysłowice Kopalnia o czwartej nad ranem. Dopiero w południe dotarłem do Katowic. Pomogli mi dobrzy ludzie. Ślązacy to gościnni mieszkańcy, przekonałem się o tym w kolejnych kilku następnych dniach, tygodniach i miesiącach. Wtedy nawiązałem kontakt z Gustlikiem, emerytowanym górnikiem. Polecił mi, abym zagrał kilka piosenek u nich w restauracji. Udało się, pomysł wypalił, a ja za granie otrzymywałem jedzenie i skromny pokoik na poddaszu. To było już coś, dla takiego dziewiętnastoletniego chłopaka jak ja.

I po raz kolejny szczęśliwy traf uśmiechnął się do Ciebie.

Do swojej chorej ciotki w Katowicach przyjeżdżał Wiesiek Bobrzycki, menedżer legendarnego zespołu „Powidła”. Człowieku to była pierwsza liga, tego słuchały miliony Polaków na starych czarnych płytach. Po bilety na ich koncert stało się godzinami w kolejkach. Przyćmili swoim koncertem w katowickim „spodku” nawet warszawski koncert Rolling Stonesów. Któregoś wieczora grałem swoje piosenki w knajpie „Pod Węgielkiem”, kiedy właśnie wszedł Bobrzycki. Nie wiedziałem kto to jest, ale wydawał się bardzo miły. Powiedział, że nieźle gram, mam fajny wokal i chętnie by mnie usłyszał na próbie zespołu. Dostałem kilka złotych na bilet i pojechałem do Warszawy.

Miałeś tremę?

Bardzo dużą. Tego się nie da opisać. Zagrałem z nimi raz, drugi, trzeci i tak się potoczyło. Później odszedł ich jedyny wokalista, a Bobrzycki zaproponował mi to stanowisko. Byłem bardzo szczęśliwy. Miesiąc później graliśmy wielki koncert na stadionie X-lecia w stolicy. To było niezapomniane przeżycie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Z Ryśkiem Szpidlem rozmawiał Cebula.

czwartek, 11 października 2012

Wrocławskie ZOO - nowy koroniec, czyli dlaczego warto odwiedzić zoo w październiku

Dlaczego warto wybrać się w październiku do ZOO? Po to, aby zobaczyć wielkiego gołębia, który gdy dorośnie osiągnie masę 2,5 kg.

Koroniec plamoczuby, bo o nim mowa, jest największym gołębiem na świecie. Wrocławski ptak wykluł się w ZOO 5. sierpnia 2012 roku. To już szósty młody ptak tego gatunku odchowany przez parę rodzicielską mieszkającą w ogrodzie. Od niedawna można oglądać go jak razem z rodzicami zwiedza swój wybieg w Ptaszarni.

Jego starsze rodzeństwo trafiło do różnych ogrodów w całej Europie, gdyż korońce są zagrożone wyginięciem. W związku z tym utworzono program hodowlany dla tego gatunku, i podjęto starania aby utrzymywać jak najliczniejszą i najbardziej różnorodną grupę korońców. Obecnie w ogrodach hoduje się około 300 osobników tego gatunku, a nasz pisklak jest jednym z 10 wyklutych w tym roku.

W naturze ptaki te występują w Indonezji i na Papui Nowej Gwinei, są tam jednak zagrożone wyginięciem. (Spadek liczebności) Zmniejszanie się ich populacji spowodowane jest polowaniami dla mięsa oraz niszczeniem terytoriów, na których występują. Nizinne lasy deszczowe – naturalne środowisko tych pięknych ptaków, wycinane są w celu pozyskania drewna oraz pod plantacje palmy olejowej. Powstałe mimowolnie podczas tego procederu drogi ułatwiają kłusownikom dostanie się do obszarów, które kiedyś były dla nich niedostępne. Skutkiem tych zmian coraz więcej gatunków jest zagrożonych, a rola placówek hodowlanych w ochronie przyrody jest coraz ważniejsza.

Jeszcze kilka dni ładnej pogody i w miarę słoneczny weekend można wykorzystać na długi spacer po zoo :)
Powered By Blogger