poniedziałek, 22 października 2012

Ekskluzywny wywiad z wokalistą zespołu "Powidła"

Urodził się w Żurawicy k. Przemyśla ponad dwie dekady temu. Zaczynał swoją karierę w całkiem oryginalny sposób. Nie każdemu się podobało to, jaką obrał drogę w swoim życiu. Jako nastolatek często uciekał z domu, pożyczał pieniądze i wędrował po kraju, grając za jedzenie i nocleg w różnych klubach muzycznych. W jednym z takich miejsc w Katowicach wypatrzył go Wiesiek Bobrzycki, menedżer zespołu „Powidła”. Przed Państwem Rysiek Szpidel.

Witaj. Powiedz jak naprawdę zaczęła się twoja przygoda z muzyką? Krąży na ten temat wiele mitów.

To był zupełny przypadek. Kiedy byłem małym chłopcem, mój ojciec, ówczesny sołtys wsi, zachęcał mnie, abym został ministrantem. Po wielu namowach zgodziłem się. Nie było to proste, ponieważ byłem niesfornym dzieckiem. Podczas którejś niedzieli musiałem zaśpiewać psalm. Miałem mało czasu na przygotowanie melodii. Po Eucharystii mój ksiądz proboszcz Tadeusz stwierdził, że mam talent i zapisał mnie do scholi parafialnej prowadzonej przez panią Katarzynę Cisło.

I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie kolejny zbieg okoliczności.

Nie wiem jakby potoczyło się moje życie, ale wziąłem udział w wyciecze ministrantów do Przeworska. Jechaliśmy PKS-em trzy godziny, kiedy po drodze zobaczyłem plakat zachęcający do udziału w gminnym konkursie młodych talentów w Rzeszowie. To był przełom, miałem wtedy 14 lat. Oczywiście rodzice nie pozwolili mi tam pojechać, pożyczyłem więc gitarę od kolegi Zbyszka, sąsiada z ławki szkolnej, i jakoś udało mi się dotrzeć do tego Rzeszowa. Pamiętam, że była noc, a ja byłem bardzo przejęty.

Pierwszy twój występ zakończył się sukcesem. Zdobyłeś główną nagrodę – ”Złote Struny” prezydenta Rzeszowa i rower „Wigry”. To dużo jak dla początkującego nastolatka. Jakim utworem wygrałeś ten konkurs?

Teraz dokładnie nie pamiętam co śpiewałem. To był pełny szał i radosna twórczość. Takie piosenki wymyślało się na kilkanaście minut przed występem. Poziom artystyczny tego konkursu, który odbywał się w głębokim PRL-u, nie był wysoki. Pamiętam jedynie, że w mojej konkursowej piosence przewijał się motyw stodoły, dożynek i dyrektora szkoły. Czemy akurat jego? Tego nie wiem. Znałem tylko trzy podstawowe akordy i jedno bicie. To wystarczyło aby wygrać.

Co było później? Szkoła muzyczna, kontrakty z menedżerami?

Chyba żartujesz? Po skończonym występie wróciłem do domu. Dostałem karę i zakaz wychodzenia z domu przez miesiąc. Ojciec skutecznie postanowił wybić mi granie z głowy. Nie był to łatwy czas dla mnie. Myślałem, żeby w ogóle przestać śpiewać i zająć się prowadzeniem gospodarstwa. Po dwóch latach znów pojechałem na wycieczkę, tym razem z kołem gospodyń wiejskich. To był moja wyprawa życiowa. Jechaliśmy na jakiś festiwal dożynkowy do Lublina.

Wtedy zdarzyła się kolejna pomyłka, która zupełnie odmieniła twoje życie.

To był trudny raz, po raz pierwszy podróżowałem koleją. Widok kilku pociągów na peronie dworca w Przemyślu wprawił mnie w oszołomienie. Zacząłem marzyć o dalekich podróżach. Kiedy dojechaliśmy do Lublina wynajętym dla nas tylko wagonem, byłem już innym człowiekiem. W drodze powrotnej na stacji pomyliłem pociągi i wsiadłem do składu jadącego do Wrocławia. Bez biletu, bez jedzenia i bez pieniędzy ruszyłem samotnie na zachód. Po kilku godzinach postanowiłem wysiąść na najbliższej stacji.

I rozumiem, że były to Katowice?

Niestety nie. Przy moim życiowym pechu wysiadłem na stacji Mysłowice Kopalnia o czwartej nad ranem. Dopiero w południe dotarłem do Katowic. Pomogli mi dobrzy ludzie. Ślązacy to gościnni mieszkańcy, przekonałem się o tym w kolejnych kilku następnych dniach, tygodniach i miesiącach. Wtedy nawiązałem kontakt z Gustlikiem, emerytowanym górnikiem. Polecił mi, abym zagrał kilka piosenek u nich w restauracji. Udało się, pomysł wypalił, a ja za granie otrzymywałem jedzenie i skromny pokoik na poddaszu. To było już coś, dla takiego dziewiętnastoletniego chłopaka jak ja.

I po raz kolejny szczęśliwy traf uśmiechnął się do Ciebie.

Do swojej chorej ciotki w Katowicach przyjeżdżał Wiesiek Bobrzycki, menedżer legendarnego zespołu „Powidła”. Człowieku to była pierwsza liga, tego słuchały miliony Polaków na starych czarnych płytach. Po bilety na ich koncert stało się godzinami w kolejkach. Przyćmili swoim koncertem w katowickim „spodku” nawet warszawski koncert Rolling Stonesów. Któregoś wieczora grałem swoje piosenki w knajpie „Pod Węgielkiem”, kiedy właśnie wszedł Bobrzycki. Nie wiedziałem kto to jest, ale wydawał się bardzo miły. Powiedział, że nieźle gram, mam fajny wokal i chętnie by mnie usłyszał na próbie zespołu. Dostałem kilka złotych na bilet i pojechałem do Warszawy.

Miałeś tremę?

Bardzo dużą. Tego się nie da opisać. Zagrałem z nimi raz, drugi, trzeci i tak się potoczyło. Później odszedł ich jedyny wokalista, a Bobrzycki zaproponował mi to stanowisko. Byłem bardzo szczęśliwy. Miesiąc później graliśmy wielki koncert na stadionie X-lecia w stolicy. To było niezapomniane przeżycie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Z Ryśkiem Szpidlem rozmawiał Cebula.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz